Archive for 2017

Ostatni wpis z serii: Już czytam sam! # 13 Hania Humorek


posted by Sardegna on , , , , ,

1 comment

Zastanawiacie się pewnie, o co chodzi z tym ostatnim wpisem. Już tłumaczę. Przy okazji tworzenia dzisiejszej notki stwierdziłam, że będzie ona ostatnią z tej serii (w każdym razie do czasu, kiedy Młody zacznie czytać szybciej i konkretniej). Zatem "Już czytam sam!" odchodzi w niepamięć. A wiecie czemu? Bo nie jestem po prostu w stanie, opisywać na bieżąco, wszystkich książek, które moja Córka czyta samodzielnie. A to wszystko z prostego powodu: jest ich za dużo!

Mamy teraz wspaniały czas, a ja w końcu mogę powiedzieć, że moje starsze dziecko pokochało czytanie! W dzienniczku lektur, zadanym na wakacje przez panią wychowawczynię, zapisanych zostało 25 książek. Tak, tak, dobrze widzicie. Istotnie, nie są to może jakieś grube tomiszcza, ale ważne, że Dziewięciolatka spędza wieczory czytając, bierze książki do samochodu, wypożycza nowe z biblioteki, sięga po te, zgromadzone na półkach. Nie rezygnuję z głośnego czytania wieczorami, ale oprócz tego, każdy domownik czyta sobie "po cichu" sam. I jest wspaniale!

Być może wrócę do cyklu, kiedy Młody będzie na podobny etapie, a póki co, na koniec, postanowiłam przybliżyć Wam jeszcze dwa tomy przygód szalonej Hani Humorek, czyli zakręconej i zabawnej serii, w stylu Zuźki D. Zołzik. Cała kolekcja liczy sobie 14 tomów, a my mamy na własność 5 z nich (tom 1,3,6,10,11), ale cały czas szukamy, kompletujemy resztę, więc przy okazji dozbieramy komplet.

1. "Hania Humorek"
2. "Hania Humorek zostaje gwiazdą"
3. "Hania Humorek ratuje świat"
4. "Hania Humorek przepowiada przyszłość"
5. "Doktor Hania Humorek"
6.  "Hania Humorek ogłasza niepodległość"
7. "W osiem i pół dnia dookoła świata"
8. "Hania Humorek idzie na studia"
9. "Hania Humorek. Mały detektyw"
10. "Hania Humorek i wakacje z dreszczykiem"
11. "Hania Humorek i wielki pech"
12. "Hania Humorek i Smrodek. Poszukiwanie skarbów"
13. "Hania Humorek i Smrodek. Wielka, straszna ciemność"
14. "Hania Humorek. Tydzień na opak"


Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 172
Moja ocena : 5/6

Tom dziesiąty przygód Hani Humorek jest typowo wakacyjny i świetnie nadaje się do czytania, kiedy dzieciaki mają wolne. Historia idealnie wpasowuje się klimat, pokazując, co może przyjść nieletnim do głowy, kiedy mają wolne od szkoły. 

W końcu nachodzą upragnione wakacje, na spędzenie których Hania ma wyjątkowy pomysł. Co robić jednak, kiedy najlepsi przyjaciele wyjeżdżają na lato? Mania jedzie na Borneo, Rysiek na obóz cyrkowy, w mieście zostaje tylko Franek, niezbyt chętny do szalonej przygody i Smrodek, który ma swój własny wakacyjny plan. Załamana Hania, stwierdza, że będą to najnudniejsze wakacje w jej życiu. Do tego rodzice wyjeżdżają, a opiekę nad domownikami ma przejąć nieznana ciocia Ola. Czy te wakacje da się jeszcze w jakiś sposób uratować? 

Hania ma ambitny plan na każdy, wolny dzień, co jednak w sytuacji, kiedy codzienność pisze inne scenariusze? Ta część przygód Hani Humorek pełna jest szaleństw, niesamowitych zwrotów akcji oraz zabawnych sytuacji, i jest to chyba najśmieszniejszy z tomów, jakie do tej pory, przeczytaliśmy.

Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron:164
Moja ocena : 5/6

Tom piąty przygód Hani został wypożyczony z biblioteki, nie mamy go więc w dziecięcej biblioteczce, ale planujemy to nadrobić. Hania uczy się o ciele człowieka, wraz z klasą zwiedza oddział ratunkowy, poznaje szkielet i przygotowuje projekt anatomiczny na lekcję przyrody. Dziewczynka nie wie jednak, jakie zagadnienie ma omówić i przedstawić w klasie, chciałaby bowiem, żeby to było coś niesamowitego i oryginalnego, coś, czego nikt z jej kolegów nie powtórzy. Zadanie domowe może okazać się dla Hani niezwykle trudne, bowiem jeden z uczniów przeprowadza eksperyment klonowania, który będzie bardzo trudno przebić. Czy Smrodek uratuje karierę naukową Hani?

Ten tom spotkał się z nieco mniejszym entuzjazmem, zarówno dzieci, jak i moim, bo rzeczywiście nie jest on tak zabawny i kreatywny, jak inne, czytane wcześniej. Nie mniej jednak, lektura była sympatyczna i utrzymana w charakterystycznym dla Hani, stylu.

Cóż, przychodzi mi więc zamknąć pewien etap blogowy, związany z czytelnictwem mojej Córki. Nadal będą pojawiały się wpisy o literaturze dziecięcej, ale głównie z mojej perspektywy, albo te, związane z lekturami Siedmiolatka. Mam nadzieję, że za jakiś czas będę mogła wkleić tutaj wpis na temat dziecięcej książki, napisany już przez Nią samą.

Sardegna

"Dance. Sing. Love" Layla Wheldon


posted by Sardegna on , , , ,

3 comments


Wydawnictwo: Editiored
Liczba stron: 528
Moja ocena : 4/6

Chodź dawno już nie należę do grupy docelowej tej książki, to lubię czasami sięgnąć po YA, cofnąć się w czasie i poczytać z wypiekami na twarzy o perypetiach młodych bohaterów, związanych z przeżywaniem pierwszej miłości. Emocje, jakie wtedy targają człowiekiem są niesamowite, a jako że z wiekiem zapomina się już, jak to żarliwie kocha się na śmierć i życie, mając dwadzieścia lat, lektura takiej powieści może przypomnieć co nieco.

"Dance. Sing. Love" to książka polskiej, młodej autorki, piszącej pod obcobrzmiącym pseudonimem Layla Wheldon. Powieść, podobnie, jak popularna w tym gatunku seria "After", powstała na Wattpadzie, gdzie doczekała się na początku roku 2017, pierwszego miejsca w kategorii romans. 

Moje nawiązanie do "After" nie jest przypadkowe, bowiem w obu powieściach bohaterowie przeżywają szaleńczą huśtawkę nastrojów pod wpływem miłosnej relacji, w jaką przypadkowo się uwikłali. "Dance. Sing. Love" nie przedstawia może czytelnikom tak szczegółowego odpisu życia seksualnego, jak to było w przypadku Hardina i Tess, ale podobnie, jak w "After" skupia się na uczuciowych wzlotach i upadkach, burzliwych kłótniach, "łóżkowym" godzeniu się, widowiskowym zrywaniu i równie spektakularnych powrotach. A wszystko to w towarzystwie energetycznego tańca i pulsujących rytmów muzyki. Brzmi nieźle? Niestety nie do końca...

Livia Innocenti jest pełną pasji i charakteru dwudziestolatką, która od dzieciństwa zajmuje się tańcem i w ten sposób zarabia na życie. Występuje w cenionym zespole tancerzy, współpracujących przy tworzeniu koncertów i teledysków światowej sławy gwiazd muzyki. Livia jest świetna w swoim fachu, punktualna, rzetelna i zaangażowana, dlatego często też jest wyróżniona solówkami i pracą przy niezwykle ciekawych projektach muzycznych. Jednym z nich okazuje się być współpraca przy europejskim tournée Jamesa Sheridana, piosenkarza pop, będącego aktualnie bożyszczem fanek na całym świecie.

James jest ulubieńcem publiczności, obiektem pożądania milionów kobiet, ale prywatnie okazuje się być gburem i chamem, wykorzystującym swoją pozycję do zdobywania kolejnych kobiet. Piosenkarz i tancerka od razu zapałają do siebie wzajemną niechęcią, są bowiem zupełnie odmiennymi charakterami, jednak z czasem ich burzliwa relacja zaczyna przeradzać się w coś więcej, a hasło "od nienawiści do miłości jest jeden krok" staje się bardzo adekwatne do sytuacji. 

I to właściwie byłoby na tyle fabuły. Para bohaterów przechodzi różne fazy, od początkowej niechęci, flirtu, poprzez fascynację, układ "przyjaciele do łóżka", po prawdziwe zakochanie. A po drodze pełno jest ich wzlotów, upadków, miłości, nienawiści, obojętności, zaborczości, kłótni i godzenia się. Po prostu pełno młodzieńczych emocji, które nie znajdują innego ujścia.

I fajnie, bo w końcu o tym z założenia jest ta książka, ja mam jednak do niej inny zarzut: "Dance. Sing. Love" reklamowana jest jako powieść pełna muzyki, tańca, rytmu, gdzie wszystkie wydarzenia i emocje rozgrywające się pomiędzy bohaterami mają przebiegać pośród dźwięków, tanecznych ewolucji i pulsującej muzyki. Niestety tak nie jest i to ten wątek rozczarowuje najbardziej. Praktycznie poza tym, że czytelnik wie, że bohaterowie mają zawody związane z muzyką i faktycznie przez pierwszych kilkadziesiąt stron taniec jest obecny na stronach powieści (Livia ćwiczy na próbach, przygotowuje się do występów, bohaterowie bawią w klubie), to później motyw muzyczny coraz bardziej się traci, żeby na końcu zniknąć już zupełnie. 

I szkoda, bo początek zapowiadał fajną fabułę. Wiadomo, bohaterowie i ich relacja to jedno, ale tło i wydarzenia również są ważne. Żałuję, że Autorka nie postanowiła całej akcji powieści zaplanować w czasie trwania europejskiej trasy Sheridana. Początek "Dance. Sing. Love" zapowiadał się naprawdę nieźle, potem było niestety już tylko gorzej.

Mój drugi zarzut, co do powieści dotyczy prostoty języka. Nie jest to dla mnie problem sam w sobie, ale kiedy ta prostota zaczyna się już rzucać w oczy w co drugim zdaniu i przeszkadzać w ogólnym odbiorze lektury, to nie jest dobrze. Rozumiem, że może to być spowodowane młodym wiekiem Autorki, która wchodzi w świat pisania, jednak nie mogę tego faktu przemilczeć. Nie da rady być aż tak dosłownym we wszystkim i podawać czytelnikowi "na tacy" każdego faktu (przykład: dokładna zawartość torebki bohaterki, prezentacja, co zrobiła po przebudzeniu nie pomijając toalety).

Wracając jeszcze na moment do bohaterów, taka już natura powieści Young Adult, że postacie tracą głowę w obliczu pierwszej miłości. Nie wiem jednak, czy Autorka nie przesadziła z "przemianą" charakteru Livii i Jamesa pod wpływem ukochanych. Popadanie w aż takie skrajności nie jest zbytnio wiarygodne.

Na koniec napiszę jeszcze tylko, że mam podejrzenie kto ze współczesnych piosenkarzy jest pierwowzorem Jamesa i jego kolegi, również artysty, Zafira Malufa. Mogę się oczywiście mylić, ale nawiązania i ilość podobieństw nie pozostawia czytelnikowi zbyt wiele wyobraźni. Podsumowując, powieść "Dance. Sing. Love" jest niezobowiązującą historią YA o burzliwej relacji dwojga młodych ludzi. Historia nie jest wolna od niedoskonałości, ale jeżeli ktoś ma ochotę na opowieść pełną skrajnych emocji, to nie będę go odwodzić od lektury, bo wiem, że i taka znajdzie swoich zwolenników.
 
Sardegna

"Chciałbym mieć psa, czyli jak wychować człowieka" Marcin Pałasz


posted by Sardegna on , , , ,

2 comments


Wydawnictwo: Skrzat
Liczba stron: 104
Moja ocena : 5/6

Nie muszę Wam pewnie przedstawiać pana Marcina Pałasza, autora serii o przygodach psa Elfa, Dużego i Młodego. Obecnie perypetie tego czworonoga i jego ludzi opisane są w pięciu tomach ("Sposób na Elfa", "Elfie, gdzie jesteś?", "Elf Wszechmogący", "Elf i dom strachów", "Elf i pierwsza gwiazdka"), a książeczka, którą widzicie powyżej, to swoiste uzupełnienie tej serii. 

"Chciałbym mieć psa, czyli jak wychować człowieka" to nietypowy poradnik, napisany przez Elfa i Autora, po tym, jak piesek trafił do domu Dużego i Młodego, prosto ze schroniska. W związku z taką zmianą w ich życiu, postanowili oni podzielić się z czytelnikami paroma refleksjami, związanymi z posiadaniem na własność czworonoga.

Ten poradnik, nie - poradnik, to bardzo fajna książeczka, napisana dużym drukiem, ma krótkie rozdziały, podzielone najpierw na historyjkę opowiedzianą przez Elfa, która ma przybliżyć dzieciom jakiś problem, związany z opieką nad psem, a kolejno zawiera przypis "Psia matka radzi", czyli dobre rady które, należy warto zastosować i wziąć sobie do serca. Wszystko jest oczywiście opatrzone miłymi dla oka, grafikami.

Książka jest niewielka, bo ma niecałe 100 stron, także dzieciaki spokojnie mogą przeczytać ją sobie samemu. Ja akurat czytam ją moim dzieciom na głos, bo trafiła się nam na fali popularności książeczek zwierzęcych, z serii "Zaopiekuj się mną". Powyższa jednak, znacznie odbiega formułą od wszystkich historii Holly Webb, głównie za sprawą swej autentyczności. Jest bardziej realna, życiowa i wyjątkowo przemawiająca do dzieci. 
Elf dzieli się z małymi czytelnikami swoimi przemyśleniami. Mówi o tym, jak "wychować" człowieka, żeby ten był dla psa dobrym opiekunem i prawdziwym przyjacielem. 
Krótkie opowiadania z elfim narratorem, uświadamiają, jaka jest różnica między opieką nad małym i dużym psem, jak należy interpretować psie gesty i konkretne zachowanie czworonoga, co należy wiedzieć o odpowiednim karmieniu, wychodzeniu na spacer, jak trzeba się zachować, jadąc na wakacje oraz co zrobić, kiedy pies choruje.

Jak to z książkami Marcina Pałasza bywa, i tą czyta się bardzo szybko, a lektura sprawia naprawdę wielką przyjemność. Elf jest już postacią znaną samą w sobie, więc zaopatrzenie się w nią i uzupełnienie serii, było z mojej strony bardzo dobrym pomysłem. Udało mi się kupić ten egzemplarz na TYM spotkaniu autorskim i od razu poprosić o autograf i dedykację dla moich dzieci. 



Mamy więc taką miłą pamiątkę od Autora w naszej dziecięcej biblioteczce. Zachęcam do przeczytania "Chciałbym mieć psa" nie tylko małych posiadaczy czworonogów, ale też dzieciaki, które swojego psa chciałyby mieć, ale nie do końca wiedzą, jakie obowiązki się z tym wiążą.
Sardegna

"Dzien czwarty" Sarah Lotz


posted by Sardegna on , , , ,

1 comment



Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 416
Moja ocena : 5/6

Dawno temu czytałam "Troje", czyli pierwszą powieść Sarah Lotz. Książka miała owego czasu świetną akcję promocyjną, nawiązującą do katastrof samolotów z Czarnego Czwartku 12 stycznia 2012 roku (do końca nie było wiadomo, czy to prawdziwa informacja, czy wymyślona na potrzeby fabuły) oraz piękne wydanie z czarnymi brzegami stron. Powieść ta zaintrygowała mnie na tyle, że zanim dostałam egzemplarz finalny pochłonęłam dwa pierwsze, promocyjne rozdziały w wielkich emocjach, oczekując na więcej. Niestety, ostatecznie książka okazała się wielkim zaskoczeniem, jak i ogromnym rozczarowaniem (o moich wyrażeniach z lektury "Troje" szczegółowo przeczytacie TUTAJ). 

W każdym razie, po pierwszym, nie do końca udanym spotkaniu z Autorką, nie miałam ochoty na jej kolejne, moim zdaniem, przekombinowane powieści. I dobrze się stało, bo kiedy czytałam o zapowiedziach "Dnia czwartego" nie skojarzyłam, że to TA  Sarah Lotz od "Troje". W przeciwnym wypadku nie dałabym książce szansy, a byłoby to niesłuszne z mojej strony.

"Dzień czwarty" wypada znacznie lepiej na tle "Troje". Autorka kolejny już raz (po wątku katastrofy lotniczej) sięga po motyw, który bardzo lubię w literaturze i filmie. Bowiem statek widmo, który gdzieś ginie na oceanie i nie wiadomo co się dzieje z członkami załogi i pasażerami, a po czasie pojawia się on, bądź znika w tajemniczych okolicznościach, to jedna z moich ulubionych opcji fabularnych. Powyższa książka wszystkie te elementy zawiera. Jest napięcie, tajemnica, ludzkie szaleństwo w obliczu katastrofy, barwne postacie i niesamowite zakończenie. Podobnie, jak w przypadku "Troje" jest też chaos i przejaskrawienia, ale ogólnie nie jest źle. "Dzień czwarty" naprawdę daje radę będąc nieźle trzymającym w napięciu thrillerem.

Akcja książki to zapis tego, co wydarzyło się na pokładzie "Pięknego Marzyciela", ekskluzywnego wycieczkowca, mieszczącego na swoim pokładzie ponad 2000 ludzi. Statek wyruszył w rejs do Miami, oferując swoim pasażerom w czasie podróży szereg atrakcji. I rzeczywiście pierwsze trzy dni rejsu wydają się wręcz bajkowe, natomiast dnia czwartego zaczynają się prawdziwe kłopoty. Przede wszystkim statek z niewiadomego powodu zatrzymuje się na środku oceanu z nieznacznym przechyłem na jedną burtę. Nikt nie jest w stanie określić, co jest przyczyną awarii. Do tego następuje tez przerwanie w dostawie prądu i wody, a załoga nie potrafi w żaden sposób połączyć się z lądem i nie ma żadnego kontaktu z innymi jednostkami pływającymi.

Początkowo pasażerowie zupełnie nie przejmują się tymi niedogodnościami, uważając je za przejściowe, podobnie, jak załoga, która denerwuję się tylko tym, że musi większą uwagę poświęcić marudnym wycieczkowiczom. Z każdym kolejnym dniem jednak sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna, a kiedy zaczyna brakować już jedzenia i nie działają żadne sanitaria, ludzie zaczynają popadać w histerię, a jak wiadomo w takich sytuacjach odzywają się w nich najgorsze instynkty.

Jakby tego było mało, jednym z pasażerów jest morderca, który tuż przed awarią napada na swoją ofiarę. Jednak w ferworze całego zamieszania sprawa zabójstwa zostaje odłożono na bok, więc przestępca spokojnie może zatrzeć za sobą ślady i dalej grasować po pokładzie statku.
 
Cała katastrofa wycieczkowca opisana jest z perspektywy kluczowych postaci: Madeline Gardner, asystentki Celine de Ray, znanej medium, która została zaproszona na rejs, by umilać gościom podróż, blogera Xaviera Smitha, który na pokładzie "Marzyciela" znalazł się by zdemaskować potencjalne oszustwa Celine, Althei Trazona, jednej z pokojówek, Jesse'ego Zimri, lekarza pokładowego, który pracuje na morzu, aby uciec od swoich prywatnych demonów oraz staruszki  Helen Fall, która wyruszyła w rejs ze swoją przyjaciółką, ale w zupełnie innym celu, niż mogłoby się wydawać.

To właśnie z ich relacji będziemy mogli dowiedzieć się, co tak naprawdę stało się na pokładzie "Pięknego Marzyciela". Choć pełno będzie w tym sprzeczności, niejasności i tajemnic.  Co stało się przyczyną awarii? Czy pasażerów wycieczkowca da się uratować? Co stanie się z mordercą? I najważniejsze: co dalej?

"Dzień czwarty" podobał mi się o wiele bardziej niż "Troje". Jest on bardziej "równy" pod względem tempa wydarzeń i utrzymującego się napięcia (wcześniejsza powieść miała genialny początek i interesujące zakończenie, niestety to, co jest pośrodku nie było już takie dobre). Wydarzenia opisane są na tyle ciekawe i na tyle niepokojące, że książkę czyta się bardzo szybko, mimo że jest ona dość gruba i ma mały, zbity druk. Nie określiłabym może tej powieści, jako genialny thriller czy horror, który mocno mnie wystraszył czy spowodował niespokojny sen,  ale lektura była naprawdę emocjonująca i nieźle trzymała w napięciu. Myślę więc, że dla czytelników którzy lubią wątki katastroficzne, trochę nadprzyrodzone, historia "Pięknego Marzyciela" może okazać się strzałem w dziesiątkę.

Sardegna

"Dwanaście prac Asterixa" R. Goscinny, A. Uderzo


posted by Sardegna on , , , , ,

2 comments


 Wydawnictwo: Egmont

Liczba stron: 80
Moja ocena : 4/6

Nie ma chyba czytelników, którzy nie znają sprytnego Asterixa, wielkiego Obelixa i ich kompanów: druida Panoramiksa, kowala Tenautomatiksa, wojownika Asparanoiksa, barda Kakofoniksa, czyli mocarnych Gallów, bohaterów kultowej francuskiej serii komiksów, autorstwa Rene Goscinny'ego z rysunkami Alberta Uderzo. Oryginalne historyjki zostały przeniesione na duży ekran, doczekały się adaptacji animowanej, a wizerunek bohaterów ciągle jest wykorzystywany przy produkcji oryginalnych gadżetów. Od premiery minęło sześćdziesiąt lat, a komiksy te są nadal na fali popularności! 

"Dwanaście prac Asterixa" to jeden z wariantów przygód dzielnych Gallów, a powyższy egzemplarz pochodzi od Egmontu i jest w nieco odświeżonej wersji, i to wcale nie komiksowej, ale książkowej. Historyjka nie jest długa, bo ledwo 80 stronicowa, litego tekstu też nie jest za wiele, ale za to ilustracje to istne cuda! Dynamiczne, barwne z wieloma szczegółami i bardzo efektowne.

Asterix, na wzór mitycznego Herkulesa, musi wykonać dwanaście ciężkich prac, zaplanowanych dla niego przez samego Cezara. Cesarz rzymski niezadowolony z nadludzkiej siły wieśniaków, mieszkających w małej galijskiej wiosce, ciągle sprzeciwiających się jego woli i pokonujących w walce cesarskich żołnierzy, postanawia uznać wolność i niezależność Gallów, tylko w sytuacji, kiedy wykonają bezbłędnie dwanaście zadań. Cezar szykuje się na sukces, wie bowiem, że żaden śmiertelnik nie będzie w stanie ich wykonać. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że do misji wykonania dwunastu prac został wytypowany ... Asterix!

Zadania nie są proste, jak bowiem inaczej nazwać: pokonanie w biegu maratońskiego championa Merynosa, rzut oszczepem dalej niż Pars Kermes, pokonanie w walce wręcz Germanina Cylindryka, oparcie się urokowi kapłanek z Wysp Rozkoszy, wytrzymanie przenikliwego spojrzenia egipskiego maga Irysa, zjedzenie do ostatniego okruszka posiłku, przygotowanego przez Mannekenpiksa, kucharza tytanów, wejście do legowiska bestii i wyjście z niego bez szwanku, uzyskanie przepustki A38 w Domu Doprowadzającym do Szału, przejście po niewidzialnej linie nad przepaścią, w dole, której płynie rzeka pełna krokodyli, wspięcie się na najwyższą górę i rozwiązanie zagadki Czcigodnego ze Szczytu, spędzenie nocy na Równinie Duchów oraz przetrwanie Igrzysk w Circus Maximus. I rzeczywiście, dla zwykłego człowieka są one prawdopodobnie niewykonalne, ale Asterix zaopatrzony w napój mocy rzuci się na nie z wielką ochotą i uskuteczni je w mgnieniu oka.

Jakie są moje wrażenia z lektury "Dwunastu prac Asterixa"? Dla mnie bomba, ale jeśli chodzi o dzieciaki, to historia, choć docelowo ma być dla nich, nie do końca się sprawdza w momencie, kiedy nie zna się mitu o Herkulesie, bo to jednak trochę psuje efekt. Tak było w przypadku moich osobistych dzieci, które okazały się za małe na treść. Natomiast bardzo podobały im się rysunki, a wspólne przeglądanie książeczki i głośne czytanie, sprawiło im prawdziwą frajdę. 
Jak wiecie, nie jestem specjalistką od komiksów (wiem, wiem, "Dwanaście prac Asterixa" w powyższym wydaniu nie jest komiksem, ale tak mi się kojarzy), ale po dziecięce sięgam chętnie (o jednym przeczytacie TU). Chcę też pokazać moim pociechom, że istnieją różne forma literatury. Jak na razie, Dziewięciolatki nie muszę jakoś specjalnie przekonywać, a i Młody też nie jest oporny.  Cieszę się więc z tego i mam nadzieję, że tak będzie już zawsze.


Sardegna

# Nowości w mojej biblioteczce - wrzesień


posted by Sardegna on

12 comments

Nie mogę uwierzyć, że właśnie minął wrzesień! Przecież ledwo co wróciłam z urlopu, dosłownie wczoraj zaczęłam nowy rok szkolny, a teraz już jest październik? Nie wiem, jak Wam, ale mnie strasznie szybko minął ten miesiąc, choć nie było łatwo wpaść w rytm szkolnych obowiązków i dojazdu na wszystkie zajęcia dodatkowe. Dałam na szczęście radę organizacyjnie, a i czytelniczo wrzesień był dla mnie łaskawy. 

Udało mi się przeczytać 6 książek, co uważam za bardzo dobry wynik. Prawie do końca przesłuchałam też jednego audiobooka. Jeśli chodzi o wydarzenia bądź spotkania okołoksiążkowe, w ubiegłym miesiącu udało mi się zorganizować wymianę ŚBKów w mikołowskiej MBP, przy okazji akcji Narodowego Czytania. Wraz ze Śląskimi Blogerami spotkaliśmy się też na początku miesiąca na kawie w katowickiej Synergii, gdzie omawialiśmy nadchodzące Targi Książki. Co do krakowskich, TK, wybieram się prywatnie. Wprawdzie nie przejrzałam jeszcze dokładnie wydarzeń towarzyszących (szczegółu TUTAJ), ale prawie na pewno będę w sobotę. Jeśli chodzi o targi katowickie, pojawię się tam "służbowo". Wraz z blogerami będziemy mieli stoisko z wymianą książkową,  organizujemy też panel tematyczny, ale o tym dokładnie napiszę w późniejszym terminie.

Jeśli chodzi o nowości wrześniowe, nie jest ich zbyt wiele, skupiłam się bowiem na książkach, które mam już na stosie. Skusiłam się tylko na najgorętsze tytuły:


"Oskarżenie" Remigiusz Mróz
"Kryptonim Frankenstein" Przemysław Semczuk
"Dance. Sing. Love" Layla Wheldon

Z czego "Kryptonim Frankenstein" dotarł do mnie wraz z całym pakietem materiałów pochodzących wprost ze śledztwa, łącznie z zaproszeniem do dyskusji o książce do Chorzowa (z którego niestety nie mogłam skorzystać, a szkoda).


 

Kolejno coś dla dzieci:

 




Dwa tomy nowych przygód "Hani Humorek", komiks "Oskar i Fabrycy. Straszne smoczysko" Mieczysława Fijał , drugi tom przygód Zuli Nataszy Sochy oraz młodzieżówka "Ty przeciwko mnie" Jenny Downham.

Na koniec stos, o którym zupełnie zapomniałam, bo prawie wszystko z niego przeczytałam (moje opinie na ich temat pojawią się na blogu niedługo):


"Porzuć swój strach" Robert Małecki
"Za zakrętem" Anna Kasiuk
"Niekochana" Madeline Sheehan
"Dzień czwarty" Sarah Lotz

Październik szykuje się pod hasłem ciekawych wydarzeń. Przede wszystkim Targi Książki w Krakowie, ale oprócz tego festiwal wysokogórski i może jedno spotkanie autorskie w Empiku Silesia (jeśli dobrze pójdzie). Mam nadzieję, że uda mi się zrealizować wszystkie plany czytelnicze w tym miesiącu i przede wszystkim ogarnąć książki, które od tygodni kurzą się na stosie "przeczytane - nie opisane".

Sardegna

Planszówkowo #5 "Pan tu nie stał"


posted by Sardegna on ,

4 comments

Dzisiaj zapraszam na kolejny wpis z serii #Planszówkowo, ale tym razem będzie nie o grze dla dzieci (o takich możecie przeczytać #1, #2, #3, #4), tylko o takiej, która przeznaczona jest z zasady dla dorosłych.

Planszówek w domu mamy sporo, głównie tych dziecięcych, ale, jako że wraz z mężem też lubimy tę formę spędzania wolnego czasu, często namawiając na to znajomych (co udaje nam się z różnym skutkiem), mamy też w swoich zbiorach kilka dla starszych graczy. "Pan tu nie stał" został przetestowany w szerszym gronie samych dorosłych, ale także w gronie mieszanym - z dzieciakami, po czym mogę stwierdzić, że moje osobiste (9 i 7 lat) spokojnie ogarniają temat i dają radę wziąć udział w rozgrywce.


Gra "Pan tu nie stał" jest wariacją kultowej "Kolejki", czyli przenosi nas do lat osiemdziesiątych i czasów PRLu, kiedy to zdobywało się deficytowe towary, stojąc w kilometrowych kolejkach do sklepów. W wyżej wymienioną "Kolejkę" nie miałam jeszcze okazji zagrać, więc nie wiem, czy "Pan tu nie stał" jest jej lepszą, czy gorszą opcją, w każdym razie mogę stwierdzić, że gra jest dynamiczna, dobrze wykonana, utrzymana graficznie w PRLowskim stylu i naprawdę stanowi przyjemną rozrywkę dla całej rodziny.

Planszówka przeznaczona jest dla 5 osób, ale można w nią też grać w 2, 3 lub 4 osoby. Nie ukrywam, że najlepiej gra się w pełnym składzie. Opcji jest wtedy najwięcej, a i dynamika gry jest większa. 

Gra składa się z:
  • 100 kart do gry, w 5 kolorach po 20 sztuk
  • 4 planszy ze sklepami 
  •  36 płytek z towarami

  • 5 kart pomocy
  • instrukcji obsługi
Rozgrywka rozpoczyna się od przydzielenia graczom zestawu 20 kart w odpowiednim kolorze oraz pomieszania i pozakrywania płytek z towarami. Kolejno, układamy na stole plansze ze sklepami, zgodnie z ilością graczy: dla 2 graczy układamy 2 sklepy, dla 3 - 3 sklepy, dla 4 i 5 graczy - 4 sklepy. Na planszach sklepów umieszczamy po dwie, wylosowane płytki z pożądanymi na owe czasy towarami. Każdy gracz bierze ze swojej kupki po 5 kart do ręki. Kartoniki kart zawierają postacie, które w naszym imieniu będą stały w kolejkach po wymarzone towary. Niektóre osoby to zwykli obywatele, ale niektórzy są prawdziwym utrapieniem i mogą pomylić szyki kolejkowiczom.


Każda runda danego gracza składa się z 3 części. Na początku sprawdzamy swoją przewagę w kolejce (oczywiście jest to pomijane na samym początku gry, kiedy nie ma przy sklepach jeszcze żadnej kolejki). Przewagę sprawdzamy sumując punkty na wyłożonych kartach "stojących w kolejce". Jeśli zdarzy się sytuacja, że mamy przewagę nad innymi graczami w danej kolejce, albo jesteśmy jedynymi klientami, możemy zabrać ze sklepu wybrany towar (ten o wyższej wartości). Kupiony przedmiot kładziemy na dowolnej karcie w swojej kolejce i czeka on tam do końca rundy.

Następnie, w części 2 i 3 możemy dobrać nową kartę z kupki, albo ustawić nową postać ze swojej talii w kolejce (robimy to dwa razy pod rząd). Kiedy wykonamy te wszystkie ruchy, do gry wchodzi kolejny gracz. Ale! Należy pamiętać, że położony na postaci towar ma daną wartość punktową. Odejmuje się go od wartości osoby stojącej w kolejce, która go trzyma np. kaseta magnetofonowa ma 3 pkt, jeżeli trzymać ją będzie matka z dzieckiem (wartość 2 pkt), to karta matki w następnej rundzie ma już tylko wartość -1 pkt.

Dlatego tak ważne jest dobre rozplanowanie osób stojących w kolejkach i towarów, które mają trzymać. Kiedy kończy się cała potrójna runda wszystkich graczy, towary są zabierane przez graczy, a karty z postaciami odkładane do pudełka. Na koniec gry sumuje się wartość kupionych przedmiotów.

Uwagi:

Jeżeli planujecie wciągnąć w rozgrywkę swoje małoletnie dzieci, dobrze jest wytłumaczyć im ideę gry, o co chodzi z tymi kolejkami, do czego służyły niektóre przedmioty i co oznaczają hasła typu: przewodnia siła narodu czy lista kolejkowa. Dzieciaki świetnie ogarniają zasady gry, ale nie bardzo rozumieją jej celowość. Gra natomiast bardzo fajnie sprawdza się w przypadku graczy "dojrzałych", którzy to świetnie bawią się przepychanki kolejkowe i podkradają sobie towary z przed nosa. 

Planszówka jest bardzo dobrze wykonana, estetyczna i miła dla oka. Stanowi fajną rozrywkę w mieszanym towarzystwie. Polecam, bo sprawdzona!

  Sardegna

"Przeznaczeni" Katarzyna Grochola


posted by Sardegna on , , , ,

5 comments


Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Liczba stron: 542
Moja ocena : 5/6
 
Choć za oknem już typowa jesień i człowiek dawno zapomniał, jak to wspaniale było na wakacjach, na blogu, na przekór temu, pojawia się dziś lektura urlopowa. Przeczytałam "Przeznaczonych" Katarzyny Grocholi w lipcu i choć faktycznie zaczęłam ją już wcześniej, bo premierę miała w maju, to jakoś nie mogłam wgryźć się w fabułę. Dopiero na urlopie mogłam ją w spokoju dokończyć i odpowiednio zrozumieć.

Powiem szczerze, że na początku czułam się z tym dziwnie. Jestem w końcu fanką Katarzyny Grocholi, przeczytałam już w życiu sporo Jej książek ("Nigdy w życiu", "Ja wam pokażę!", "A nie mówiłam!", "Serce na temblaku", "Houston mamy problem", "Makatka", "Zielone drzwi", "Trzepot skrzydeł", "Trochę większy poniedziałek", "Zagubione niebo"), ale pierwszy raz mi się zdarzyło, żebym nie pochłonęła Jej powieści w parę godzin. Z drugiej jednak strony, "Przeznaczeni" to nie jest babskie czytadło, ani miła opowieść o miłości czy przyjaźni. To nie jest książka, którą czyta się na raz, poświęcając jej jeden wieczór. To gorzka historia, wymagająca od czytelnika zaangażowania, dokładności i uważności, bo każde odpłynięcie myślami, czy chwilowa nieuwaga powoduje, że trzeba się cofnąć w tekście i przeczytać dany fragment od nowa.
Historia "Przeznaczonych" to opowieść o pięciu osobach, których losy nieustannie się ze sobą splatają, choć pozornie tak nie powinno być.  

Aleksandra Olin jest zdolną pisarką kryminałów, która od lat jest zakochana w żonatym mężczyźnie i od prawie dwóch dekad mocuje się ze świadomością bycia tą trzecią, nie dostając nic w zamian od swojego ukochanego. Kiedy w końcu po latach pojawia się perspektywa realnego związku, na drodze do jej stabilizacji "staje" poważna choroba matki, Aleksandra będzie musiała podjąć najpoważniejszą decyzję w życiu. 
Drugim bohaterem jest pięćdziesięcioletni Jerzy, człowiek kameleon, uzależniony od hazardu wieczny  kłamca, przez lata doskonale nauczył się manipulować bliskimi i wykorzystywać zaufanie współpracowników.
Trzecią kluczową postacią jest Gabrysia, zahukana i nieśmiała krupierka w kasynie, która szczerze nienawidzi tej pracy, ale jest zbyt bojaźliwa, aby coś w swoim życiu zmienić. Jej codzienność w kasynie to nieustające pasmo koszmarów. Bywalcy lokalu w momencie gry targani są najróżniejszymi emocjami, często negatywnymi, więc ich złość zazwyczaj skupia się na Gabrysi. Kobieta zmaga się z depresyjnymi nastrojami i nie widzi sensu swojego życia, do momentu, kiedy przypadkowo poznaje Mateusza. 
Mężczyzna jest typowym kobieciarzem, który absolutnie nie mógłby zainteresować się taką "nijaką" kobietą, jaką jest Gabrysia, a jednak to ona wzbudza w nim nieznane dotąd uczucia i chęci zaopiekowania się nią. 
Ostatnim kluczowym bohaterem "Przeznaczonych" jest Kuba, niepijący alkoholik, który po terapii próbuję ogarnąć na nowo swoje życie. Postanawia zmienić je radykalnie i zainwestować w interes handlu samochodami.

Z zasady ludzie ci nie powinni się nigdy spotkać, różni ich bowiem wszystko, nie łączy nic. Okazuje się jednak, że w praktyce ich losy nieustannie się splatają, a ostatni rozdział pokaże czytelnikowi, że ich przeznaczeniem było się spotkać i połączyć w pewien sposób na zawsze. 

Jest to zupełnie inna powieść Katarzyny Grocholi w porównaniu z tymi, do których jesteśmy przyzwyczajeni. To wymagająca, trudna, gorzka opowieść o ludziach dojrzałych, którzy próbują walczyć ze swoim przeznaczeniem. Jedni dostaną drugą szansę, inni nie będą w stanie nic zmienić. W powieści sporo jest momentów tragicznych, dramatyczny jest wątek choroby matki Aleksandry (kto takie coś przeżył w swojej rodzinie, ten wie), ale będzie też parę pozytywnych momentów i małe zaskoczenie, związane z jedną z postaci, już na samym końcu książki.

Choć lektura "Przeznaczonych" zajęła mi naprawdę sporo czasu, bo aż trzy miesiące, nie żałuję poświęconej energii na jej przeczytanie. Dobrze jest poznać nowe, dojrzałe, przemyślane oblicze ulubionej Autorki.  Poza tym, w takiej trudnej opowieści można znaleźć kawałeczek swojej historii i odkryć w niej coś, istotnego dla siebie.

Sardegna

"Ezotero. Moje przeznaczenie" Agnieszka Tomczyszyn


posted by Sardegna on , , ,

2 comments


Wydawnictwo: mg
Liczba stron: 336
Moja ocena : 4/6

"Ezotero. Moje przeznaczenie" Agnieszki Tomczyszyn to moja kolejna urlopowa lektura, ale powiem Wam, że  mam z nią największy problem. Zabrałam ją na wakacje, bo była moim olbrzymim wyrzutem sumienia (o czym pisałam tutaj), a do tego, jest drugim tomem serii "Ezotero", której niesamowitą "Córkę wiatru" przeczytałam dwa lata temu, więc byłam bardzo jej ciekawa. 

Jako że "Córka..." owego czasu, zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie, jest historią magiczną, kryminałem i obyczajówką w jednym, miałam naprawdę wielką ochotę na jej kontynuację, ale też i wysokie, w stosunku do niej oczekiwania. I to mnie chyba zgubiło. Pragnęłam dostać coś, co jak "Córka wiatru", zwali mnie z nóg. Niestety powyższa historia okazała się bardzo średnia i wypada blado w porównaniu z tomem pierwszym "Ezotero".  

"Moje przeznaczenie" nawiązuje w pewien sposób do wątków zawartych w "Córce...", i w jakiś stopniu się z nimi łączy, nie znaczy to jednak, że trzeba czytać obie powieści, jako ciąg. Można oczywiście zapoznać się z obiema książkami odrębnie, choć ja osobiście polecam czytać je po kolei, bo o ile tom pierwszy w jakiś sposób się zamyka, to drugi wyraźnie nawiązuje do wątków zawartych w części poprzedniej i znanej już bohaterki, Latte. Dla czytelników nieznających dziewczyny o tym dziwnym imieniu, fabuła kontynuacji może wydać się jeszcze bardziej zagmatwana i niezrozumiała. 
Jeśli mogę jeszcze coś podpowiedzieć, polecam czytać obie książki w krótkim odstępie czasu. Znacznie ułatwi to zrozumienie wszystkich wątków.

Główną postacią powyższej historii jest Pola, dziewczyna, która mieszka wśród sióstr na górze Brocken. Żyje w jedynym sobie znanym świecie magii, sama jest bardzo zdolną czarodziejką, mogąca w przyszłości objąć ważny urząd wśród magicznej społeczności, ma bardzo wielkie umiejętności paranormalne, ale życie ludzkie na Ziemi jest dla niej zupełną tajemnicą. Wszystko zmienia się w momencie, kiedy okazuje się, że biologiczni rodzice Poli żyją na Ziemi właśnie, a ona tak naprawdę została od nich porwana w wieku 3 lat i umieszczone przez swoją babkę Elżbietę, też czarodziejkę, na górze Brocken (Elżbieta i mama Poli pojawiają się też w "Córce wiatru", są więc postaciami spajającymi obie historie). Dziewczyna postanawia poczuć na własnej skórze, jak to jest żyć wśród ludzi, sprzeciwia się więc zasadom panującym w świecie czarownic i wyrusza na Ziemię, aby poznać swoją rodzinę.

W ferworze nowych doznań, odkrywania radości z przebywania z rodziną i przyjaciółmi, Pola uświadamia sobie, że jej magiczne moce mogą przydać się w wielu różnych aspektach życiowych, ludziom na całym świecie. Dziewczyna odkrywa swoje nowe powołanie i postanawia nie wracać już na Brocken. W snach jednak nawiedza ją pewna kobieta. Kim jest ta postać o dziwnym imieniu, i co ma wspólnego z przeszłością Poli? 

Powieść ta jest wyraźnie dwuczęściowa, składająca się z wątku Poli, czyli czegoś nowego i świeżego, historii, którą rzeczywiście można by czytać odrębnie, a także z opowieści o Latte. Bohaterka "Córki wiatru" wraca w nowej odsłonie, najpierw pojawia się w snach, później przechodzi pewną metamorfozę. Jej powrót i to, co z niego wyniknie, miało z założenia spajać oba "Ezotero" w jedną, zwartą opowieść. Niestety, mnie ten koncept nie porwał. Rozumiem zabieg Autorki, która prawdopodobnie chciała pokazać czytelnikom dalsze losy Latte, tylko nie wiem, czy było to konieczne. Moim zdaniem, gdyby na "Moje przeznaczenie" składała się sama historia Poli, dziewczyny, żyjącej na pograniczu dwóch światów: realnego i magicznego, a zakończenie "Córki wiatru" było ostateczne i nieodwołalne, nie miałabym serii nic do zarzucenia. A tak niestety drugi tom dostaje tylko czwórkę, a to i tak głównie za sprawą sentymentu.
  
Przykro mi to pisać, bo uwielbiam panią Agnieszkę Tomczyszyn, a jej powieść dla młodzieży "Prawo pierwszych połączeń" uważam za jedną z najpiękniejszych książek dla młodych czytelników. Niestety jej kontynuację "Ezotero" muszę uznać za nieudaną. 
Sardegna

"Ali i Nino" Kurban Said


posted by Sardegna on , , , , ,

2 comments


Wydawnictwo: W.A.B
Liczba stron: 302
 Moja ocena : 4/6

Zabierając się za lekturę "Aliego i Nino" Kurbana Saida, czyli historię miłosną najsłynniejszych kochanków z Baku, nie miałam pojęcia, że opowieść ta ma już 80 lat! Faktycznie, pierwsze wydanie powieści miało miejsce w 1937 roku, a powyższe, które widzicie, jest już wznowieniem, wydanym przez W.A.B. z 2016 roku z okładką filmową. Nie wiem dlaczego, ale jakoś wydawało mi się, że książka jest nowością. Jak miło było poczuć się w tej kwestii zaskoczonym! Powieść skrywała dla mnie jeszcze jedną niespodziankę, doczytałam bowiem, że Kurban Said to pseudonim, rosyjskiego pisarza, autora biografii Stalina, Lwa Nussimbauma. Autor zafascynowany orientem występował jeszcze pod innym przydomkiem Essada Bej, a jego zmienną naturę pisarza zebrał i opisał w "Orientaliście" Tom Reiss. 

"Ali i Nino" są jak kaukascy Romeo i Julia. Zakochani w sobie bez pamięci, mimo wszelakich różnic społecznych czy kulturowych, nie baczą na przeciwności losu ani niepokojące sygnały, zwiastujące wybuch I wojny światowej. Cóż bowiem znaczą różnice majątkowe, statusy społeczne, inna wiara, czy tytuły książęce, kiedy dwoje młodych ludzi zakochuje się prawdziwie po raz pierwszy? Zupełnie nic. Tak więc Ali, azerski chan, zakochuje się z wzajemnością w gruzińskiej księżniczce Nino, a ich związek rodzi się w wielokulturowym Baku, gdzie młodzi uczęszczają do szkoły średniej, a później zdają razem maturę. 

Na początku XX wieku w Azerbejdżanie, mnogość narodowości, kultur i religii nie była niczym dziwnym. Tuż obok siebie żyli Azerowie, Żydzi, Ormianie, Gruzini, Rosjanie czy Turcy, każdy ze swoją religią, swoim pochodzeniem, tradycjami, kulturą i stylem bycia, a wszyscy, jako mieszkańcy Baku mogli bez przeszkód żyć obok siebie, szanując swoje odmienności. Dlatego też związek Azera Ali'ego i Gruzinki Nino nikogo specjalnie nie dziwi, ani nie gorszy. Młodzi, spotykając się ze zrozumieniem ze strony rodziców i krewnych, mogą spędzać ze sobą dużo czasu i planować wspólną przyszłość.

Choć w kraju pojawiają się pierwsze wojenne niepokoje, ojciec Aliego uważa, że syn powinien bardziej skupić się na walce o wolność, niż małżeństwie, a Nino ma innego, nachalnego adoratora, młodzi  na pierwszym miejscu stawiają swoje uczucia i wbrew nerwowym nastrojom w mieście, postanawiają zalegalizować swój związek. Niestety ta opowieść, podobnie, jak  historia Romea i Juli, nie ma szczęśliwego zakończenia, okazuje się bowiem, że zawarcie małżeństwa jest tylko malutkim krokiem Ali'ego i Nino na drodze do wspólnej, jasnej przyszłości, a prawdziwa walka zacznie się później.
 
Osobiście mam z tą książką spory problem. Historia jest interesująca, cały wątek miłosny bardzo poruszający (bo wiedząc, że akcja toczy się tuż przed wybuchem I wojny światowej i znając tragiczny koniec Romea i Julii domyśliłam się, że finał tej opowieści nie może okazać się szczęśliwy) to i tak moją ostateczną oceną jest tylko 4/6. Dlaczego? Otóż moim problemem w tej książce był ogrom wątków pobocznych, opisów otoczenia, wierzeń, tradycji czy kultury ludności zamieszkującej Baku (i nie chodzi mi o korzenie Ali'ego i Nino). Cały ten ogrom informacji, wpleciony w "właściwą" historię kochanków bardzo mnie rozpraszał, co chwilę musiałam przerywać lekturę, bo traciłam wątek, a to powodowało, że przeczytanie tej powieści zajęło mi bardzo dużo czasu. 

I z jednej strony czuję się z tym źle, bo "Ali i Nino" to nie tylko historia miłosna. To także (a może przede wszystkim) opowieść o wielokulturowości, która współistniała obok siebie na euroazjatyckiej granicy, więc ja, jako uważny czytelnik powinnam zachwycić się tymi rozbudowanymi opisami i poczuć klimat. Niestety tak się nie stało. Skupiłam się tylko na wątku miłosnym bohaterów, i nawet wiedząc, że nie może skończyć się on dobrze, z zapartym tchem śledziłam losy kochanków, trzymając kciuki za szczęśliwy finał.

Historia "Ali'ego i Nino" jest dramatyczna i daje poczucie nieuchronności losu, ma jednak też w sobie coś pozytywnego. Przedstawienie mieszanki kultur i narodowości, zamieszkującej wspólnie granicę Europy i Azji, świata orientalnego, z bogactwem tradycji, zwyczajów religijnych, pięknych, barwnych strojów, potraw, odmienności, żyjącej obok siebie w zgodzie, niesie ze sobą taki pozytywny wydźwięk i jakąś nieuchwytną tęsknotę za taką wszechobecną tolerancją, o którą trudno w dzisiejszych czasach. Szkoda tylko, że właśnie ten motyw, który powinien mnie w książce najbardziej zachwycić, nie poruszył.

W każdym razie "Ali i Nino" może się podobać, bo wiem, że jestem w swej ocenie raczej odosobniona, a czytelnicy zachwycają się całą bogatą otoczką wielokulturowości przedstawionej w tej powieści. Najlepiej więc samemu przeczytać i ocenić ta historię. Na podstawie powieści został też nakręcony w 2016 roku film, co może być dobrą alternatywą dla takich maruderów, jak ja. Może to, co nie spodobało mi się w formie pisanej, bardziej przypadnie mi do gustu w postaci obrazu. 
Sardegna

"Do trzech razy śmierć" Alek Rogoziński


posted by Sardegna on , , , ,

8 comments


Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 325
Moja ocena : 4/6

Z powieściami Alka Rogozińskiego miałam mały dylemat. Zewsząd bombardowały mnie wpisy na temat kolejnych powieści Autora, a były to głównie pozytywne opinie, mówiące, że książki te są zabawnymi komediami kryminalnymi i naprawdę warto je przeczytać. Nie lubię sytuacji, kiedy nie jestem w temacie, postanowiłam więc to zmienić. Impulsem do przeczytania był też fakt, że najnowszy tytuł "Do trzech razy śmierć", miał opisywać intrygę kryminalną, rozgrywającą się w środowisku polskich pisarek, więc temat mi niejako bliski.

Każda grupa zawodowa ma na swoim koncie jakieś grzeszki. Ciekawiło mnie, jaki pomysł ma Autor na opisanie niecnych sprawek w wydaniu polskich pisarek, i jaką kryminalną zagadkę do tego dopasuje. No i najważniejsze, czy mnie to wszystko rozśmieszy. 

"Do trzech razy śmierć" rozpoczyna cykl powieści z bohaterką Różą Krull, w roli głównej, która jest popularną pisarką kryminałów, lubiącą dobre jedzenie i ... młodszych mężczyzn. W swym szaleństwie jednak ma metodę, choć zdarza jej się wpadać nieoczekiwanie w tarapaty.

Róża dostaje zaproszenie na zjazd pisarzy, który ma odbyć się w klimatycznej posiadłości pod Krakowem, a na tym spotkaniu, oprócz niej mają się pojawić inne polskie autorki, będące akurat u szczytu popularności. Koleżanki po piórze, zajmujące się szeroko rozumianą literaturą, od powieści obyczajowych i erotycznych, po biografie, przybywają do dworku tłumie, często z mężami i partnerami, a nawet dziećmi. Skuszone perspektywą obecności dziennikarzy i blogerek, postanawiają wycisnąć ze zjazdu, jak najwięcej profitów dla siebie.

Pierwszego dnia jednak, już podczas kolacji dochodzi do dramatycznego wydarzenia. Jedna z autorek zostaje otruta, a zabójca na miejscu zbrodni pozostawia czarną różę. Róża Krull czuję się w poważnie zaniepokojona takim przebiegiem sprawy, ponieważ ma przeczucie, że zbrodnia bardzo przypomina tą, opisaną w jej własnej książce! Rozpoczyna więc prywatne śledztwo, a z pomocą przychodzi jej młody pracownik hotelu, Kuba, komisarz Darski i jego dziewczyna Betty.

Sprawa okazuje się jednak być bardziej skomplikowana, a kiedy po paru godzinach ginie kolejna osoba, Róża jest już pewna, że te zabójstwa mają z nią jakiś związek. Jak skończy się ten zjazd polskich pisarek, pełen dramatycznych zwrotów akcji?

Jeśli chodzi o moje wrażenia z lektury, to znowu potwierdził się fakt, że muszę wystrzegać się oczekiwań. Miało być wielkie wow, miałam się śmiać i przebierać w zabawnych sytuacjach, w końcu to była ta komedia kryminalna, którą się wszyscy wokoło zachwycali. Stanęło na tym, że owszem, książka ma kilka fajnych momentów, zwłaszcza w wydaniu Róży Krull, ale ogólnie nie zaiskrzyło. Myślę jednak, że mnie ogólnie trudno jest rozśmieszyć, jeśli chodzi o literaturę i rzeczywiście na palcach jednej ręki mogę policzyć powieści, przy lekturze których śmiałam się do łez (ostatnio pisałam o jednej takiej książce TUTAJ). W tym przypadku nie poczułam klimatu, pogubiłam się w bohaterach (dobrze, że na początku była "metryczka" postaci, mogłam sobie w każdym momencie zerknąć, kto jest kim), a sama intryga kryminalna też wydała mi się nieco naciągana. 

Plusem powieści jest na pewno fakt, że historię czyta się szybko, więc świetnie nadaje się ona na urlop. Podobały mi się też dwa wątki "blogerskie" i nawiązanie do przeszłości Betty. Historia agentki albo już miała swoje rozwinięcie w jednej z wcześniejszych książek Autora, albo dopiero zostanie przedstawiona w kolejnej (tego nie jestem pewna), i ten wątek z chęcią poznałabym bliżej. 

Czy polecam tę powieść? Myślę, że każdy musi sam ocenić, czy bawi go prezentowane poczucie humoru i czy ma ochotę na taką niezobowiązującą lekturę. Mnie nie porwało, ale może w Waszym przypadku będzie inaczej. 
Sardegna

"Ósmy cud świata" Magdalena Witkiewicz


posted by Sardegna on , , , ,

14 comments

 
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 320
Moja ocena : 6/6

Magdalena Witkiewicz znowu zaskakuje! Jeszcze nie do końca ochłonęłam po lipcowej lekturze "Czereśni...", które zawsze muszą być dwie, a już Autorka daje czytelniczkom kolejną porcję emocji i niesamowicie apetycznej lektury. Tym razem Magda zabiera nas w podróż i dzięki temu "Ósmy cud świata" jest nieco inną książką, niż poprzednie. Pachnie orientalnymi przyprawami, aromatycznymi, azjatyckimi potrawami i gorącym, wilgotnym powietrzem. Autorka przenosi nas do Wietnamu, gdzie rozgrywa się spora część wydarzeń powieści, pokazując to, co sama zapamiętała z wizyty w tym pięknym i egzotycznym kraju.

Magda Witkiewicz w 2014 roku reprezentowała Polskę na Międzynarodowym Festiwalu Literatury Europejskiej w Hanoi, miała wtedy okazję zwiedzić Wietnam i zakochać się w tamtejszej kulturze. Wtedy też, podczas rejsu po zatoce Ha Long, w jej głowie zrodził się pomysł na nową powieść, której akcja miałaby się w tym fascynującym miejscu rozgrywać. Autorka nie byłaby sobą, gdyby w całą historię nie wplotła wątku miłosnego i kwestii jakiegoś problemu społecznego, który często jest pomijany lub bagatelizowany, ale dla kobiet jest bardzo istotny. Nie inaczej jest w przypadku "Ósmego cudu świata", gdzie Magda pokazała walkę samotnej kobiety o posiadanie dziecka.

Bohaterką powieści jest Anna, która zbliża się do czterdziestki, jest singielką, ale ta samotność nie pochodzi z wyboru, tylko prostu z faktu, że do tej pory nie znalazła w życiu odpowiedniego partnera. Jej dotychczasowe związki nie przynosiły jej szczęścia, a aktualny układ, w którym jest ze swoim szefem, bardziej jest na stopie przyjacielskiej niż uczuciowej. Wielkim marzeniem Anny jest posiadanie dziecka, zaczyna ona bowiem odczuwać upływający czas i ma świadomość, że za niedługo będzie już na potomstwo za późno. Poza tym, egoistycznie chciałaby mieć w przyszłości kogoś, kogo będzie mogła kochać bezgranicznie, a na starość nie zostanie zupełnie sama. 

Anna trochę w desperacji, postanawia być w ciąży za wszelką cenę, nawet jeśli miałaby nie utrzymywać dalszych kontaktów z ojcem dziecka i wychować je samotnie, bez niczyjej pomocy. Żeby jednak na spokojnie przemyśleć swoją decyzję, wyrusza na spontaniczny urlop do Wietnamu, by z odległej perspektywy, przy zmianie środowiska i otoczenia, jeszcze raz spojrzeć na swoje problemy z dystansem i wszystko przeanalizować. Jednakże życie lubi płatać figle. Anna na wycieczce poznaje pewnego mężczyznę, który początkowo wydaje się być ideałem, jednak ostatecznie okazuje się nie być tym, za kogo się podaje.

I jak tu nie czytać najnowszej powieści Magdy Witkiewicz? Czujecie się zachęceni? To dobrze, bo warto. Ta książka w pewnym sensie jest taka, "jak zwykle" u Magdy, czyli jest ciepłą, kobiecą historią ze szczęśliwym zakończeniem. Z drugiej jednak strony, jest w niej coś świeżego i nowego, a wszystko za sprawą wątku podróżniczego i orientalnego powiewu Azji.

"Ósmy cud świata"  pokazuje, że nie ma w życiu przypadków i jeśli ktoś jest nam pisany, to dzięki przeznaczeniu znajdziemy się nawet na drugim końcu świata, a los będzie nam sprzyjał. I powiem Wam, że ta myśl jest mi bliska i zgadzam się z nią w 100%. Jeśli chodzi o mnie, to ta opowieść okazała się zdecydowanie za krótka, ale może to wynikać z faktu, że po grubaśnych "Czereśniach..." nabrałam apetytu na dłuższe opowieści Autorki. Wspaniale było przenieść się do gorącego Wietnamu i wraz z Anną przeżyć niesamowita przygodę życia, szkoda tylko, że taką krotką.

Muszę jeszcze wspomnieć, że Magda zawsze dba o swojej czytelniczki, umilając im przedpremierowe lektury swoich powieści. Spójrzcie na te cuda. To się nazywa akcja promocyjna!


Sardegna

"Świt, który nie nadejdzie" Remigiusz Mróz


posted by Sardegna on , , , ,

4 comments


Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 528
Moja ocena : 4/6

Czytałam już wiele powieści Remigiusza Mroza: całą serię o Chyłce i Zordonie (tom 1, 2, 3, 4, 5), "W cieniu prawa", czyli odrębną powieść, będącą kryminałem retro, a także najnowszy horror religijny "Czarną Madonnę". Mam jeszcze w planach serię Parabellum, (ciągle próbuję ją skompletować), "Behawiorystę", "Wotum nieufności", czy pięć tomów przygód komisarza Forsta. Przede mną jawił się jeszcze "Świt, który nie nadejdzie", będący również powieścią odrębną, czekający na mojej półce bardzo długo na swoją kolej, ale jakoś nie miałam ostatnio ochoty na retro kryminalną historię, stąd te moje ociąganie się z przeczytaniem. Ale od czego jest urlop? Mój służył nadrabianiu zaległości, zabrałam więc "Świt..." ze sobą na wakacje i powiem Wam, że to było świetne rozwiązanie. 

W atmosferze ogólnego relaksu udało mi się przeczytać tę powieść w dwa dni. Mam wrażenie jednak, że w domu zajęło by mi to znacznie więcej czasu, a to za sprawą tego, że "Świt..." jest mocno przegadany. Przykro mi to mówić, ale niestety jest to chyba najsłabsza powieść Remigiusza Mroza, z tych, które do tej pory czytałam. Na wakacjach jednak nie zdążyłam się nią specjalnie znużyć, toteż ostateczną oceną książki jest czwórka. 

Porównując powyższą powieść do książki "W cieniu prawa", która także jest retro kryminałem, mogę stwierdzić, że ta druga była zdecydowanie bardziej dynamiczna i rozbudowana, a jej fabułą można było obdzielić spokojnie ze dwie inne książki. W przypadku "Świtu, który nie nadejdzie" sprawa ma się zupełnie inaczej. Akcja toczy się leniwie, skupiając się praktycznie cały czas na sprawach półświatka przedwojennej Warszawy, na relacjach panujących w grupach przestępczych i wzajemnych w nich powiązaniach.

Rozumiem zamysł Autora, ponieważ chciał on pewnie dokładnie oddać klimat Warszawy z tamtego okresu i pokazać świat przestępczej stolicy. To udało mu się bardzo dobrze i jest na pewno sporym plusem całej tej historii, podobnie, jak wykreowanie charyzmatycznej postaci głównego bohatera, Ernesta Wilmańskiego, natomiast sama sprawa kryminalna, jak dla mnie, była nieco przekombinowana i jakoś nie porywała. Ostatecznie wolałam śledzić inne wątki, obserwować to, co dzieje się na drugim planie, niż podążać za główną akcją, która w pewnym momencie wymknęła mi się z pod kontroli.

Ernest Wilmański to człowiek bez przeszłości, który przyjeżdża do stolicy znikąd, i praktycznie od razu wpada w tarapaty. Staje w obronie nastoletniej dziewczyny, której oprawca okazuje się być członkiem warszawskiego gangu Banników. Grupa ta nigdy nie daruje zniewagi, a tym bardziej obcemu mężczyźnie, który jest nikim i w stolicy nic nie znaczy, dlatego Ernest od razu zostaje wzięty na banniczy celownik.

Kiedy ma już zostać wykonana na nim egzekucja, Wilmański wkręca się w łaski oprawców, wykorzystując swoje dawne znajomości i umiejętności, zostaje więc trochę przymusowo wciągnięty w świat grupy przestępczej. Współpraca z Bannikami okazuje się być niebezpieczną profesją, gdzie granica między wrogiem a przyjacielem, sprzymierzeńcem a zdrajcą, jest bardzo cienka. Ernestowi pomaga pewna kobieta, ale czy na pewno stoi po tej samej stronie barykady?

Tak, jak pisałam na początku, lektura "Świtu, który nie nadejdzie" mnie nie porwała, a o ostatecznej ocenie czwórkowej zaważył fakt postaci głównego bohatera oraz Any, dziewczyny, którą wziął pod opiekę (swoją drogą, szkoda, że jej wątek nie został jakoś bardziej rozbudowany, a jej postać nie miała większego wpływu na całą akcję). Bardzo podobało mi się, i w ogóle to jest chyba największy plus tej książki (oprócz tła przedwojennej Warszawy), zakończenie. Specyficzne, ale dzięki temu właśnie, najbardziej odpowiednie dla tej historii. 

Czytając tę historię, miałam też chwilowe skojarzenia ze "Złym" Leopolda Tyrmanda. Mam tutaj na myśli głównie klimat miasta, bo niestety "złej" intrygi kryminalnej nic nie jest w stanie przebić. "Świt ..." na szczęście również ma swoje "momenty", dlatego nie żałuję czasu mu poświęconego, poza tym, książka ta pokazuje kolejną, nową twarz Autora. Więc choćby dlatego warto po nią sięgnąć.
Sardegna