Ostatni wpis z serii: Już czytam sam! # 13 Hania Humorek


posted by Sardegna on , , , , ,

1 comment

Zastanawiacie się pewnie, o co chodzi z tym ostatnim wpisem. Już tłumaczę. Przy okazji tworzenia dzisiejszej notki stwierdziłam, że będzie ona ostatnią z tej serii (w każdym razie do czasu, kiedy Młody zacznie czytać szybciej i konkretniej). Zatem "Już czytam sam!" odchodzi w niepamięć. A wiecie czemu? Bo nie jestem po prostu w stanie, opisywać na bieżąco, wszystkich książek, które moja Córka czyta samodzielnie. A to wszystko z prostego powodu: jest ich za dużo!

Mamy teraz wspaniały czas, a ja w końcu mogę powiedzieć, że moje starsze dziecko pokochało czytanie! W dzienniczku lektur, zadanym na wakacje przez panią wychowawczynię, zapisanych zostało 25 książek. Tak, tak, dobrze widzicie. Istotnie, nie są to może jakieś grube tomiszcza, ale ważne, że Dziewięciolatka spędza wieczory czytając, bierze książki do samochodu, wypożycza nowe z biblioteki, sięga po te, zgromadzone na półkach. Nie rezygnuję z głośnego czytania wieczorami, ale oprócz tego, każdy domownik czyta sobie "po cichu" sam. I jest wspaniale!

Być może wrócę do cyklu, kiedy Młody będzie na podobny etapie, a póki co, na koniec, postanowiłam przybliżyć Wam jeszcze dwa tomy przygód szalonej Hani Humorek, czyli zakręconej i zabawnej serii, w stylu Zuźki D. Zołzik. Cała kolekcja liczy sobie 14 tomów, a my mamy na własność 5 z nich (tom 1,3,6,10,11), ale cały czas szukamy, kompletujemy resztę, więc przy okazji dozbieramy komplet.

1. "Hania Humorek"
2. "Hania Humorek zostaje gwiazdą"
3. "Hania Humorek ratuje świat"
4. "Hania Humorek przepowiada przyszłość"
5. "Doktor Hania Humorek"
6.  "Hania Humorek ogłasza niepodległość"
7. "W osiem i pół dnia dookoła świata"
8. "Hania Humorek idzie na studia"
9. "Hania Humorek. Mały detektyw"
10. "Hania Humorek i wakacje z dreszczykiem"
11. "Hania Humorek i wielki pech"
12. "Hania Humorek i Smrodek. Poszukiwanie skarbów"
13. "Hania Humorek i Smrodek. Wielka, straszna ciemność"
14. "Hania Humorek. Tydzień na opak"


Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 172
Moja ocena : 5/6

Tom dziesiąty przygód Hani Humorek jest typowo wakacyjny i świetnie nadaje się do czytania, kiedy dzieciaki mają wolne. Historia idealnie wpasowuje się klimat, pokazując, co może przyjść nieletnim do głowy, kiedy mają wolne od szkoły. 

W końcu nachodzą upragnione wakacje, na spędzenie których Hania ma wyjątkowy pomysł. Co robić jednak, kiedy najlepsi przyjaciele wyjeżdżają na lato? Mania jedzie na Borneo, Rysiek na obóz cyrkowy, w mieście zostaje tylko Franek, niezbyt chętny do szalonej przygody i Smrodek, który ma swój własny wakacyjny plan. Załamana Hania, stwierdza, że będą to najnudniejsze wakacje w jej życiu. Do tego rodzice wyjeżdżają, a opiekę nad domownikami ma przejąć nieznana ciocia Ola. Czy te wakacje da się jeszcze w jakiś sposób uratować? 

Hania ma ambitny plan na każdy, wolny dzień, co jednak w sytuacji, kiedy codzienność pisze inne scenariusze? Ta część przygód Hani Humorek pełna jest szaleństw, niesamowitych zwrotów akcji oraz zabawnych sytuacji, i jest to chyba najśmieszniejszy z tomów, jakie do tej pory, przeczytaliśmy.

Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron:164
Moja ocena : 5/6

Tom piąty przygód Hani został wypożyczony z biblioteki, nie mamy go więc w dziecięcej biblioteczce, ale planujemy to nadrobić. Hania uczy się o ciele człowieka, wraz z klasą zwiedza oddział ratunkowy, poznaje szkielet i przygotowuje projekt anatomiczny na lekcję przyrody. Dziewczynka nie wie jednak, jakie zagadnienie ma omówić i przedstawić w klasie, chciałaby bowiem, żeby to było coś niesamowitego i oryginalnego, coś, czego nikt z jej kolegów nie powtórzy. Zadanie domowe może okazać się dla Hani niezwykle trudne, bowiem jeden z uczniów przeprowadza eksperyment klonowania, który będzie bardzo trudno przebić. Czy Smrodek uratuje karierę naukową Hani?

Ten tom spotkał się z nieco mniejszym entuzjazmem, zarówno dzieci, jak i moim, bo rzeczywiście nie jest on tak zabawny i kreatywny, jak inne, czytane wcześniej. Nie mniej jednak, lektura była sympatyczna i utrzymana w charakterystycznym dla Hani, stylu.

Cóż, przychodzi mi więc zamknąć pewien etap blogowy, związany z czytelnictwem mojej Córki. Nadal będą pojawiały się wpisy o literaturze dziecięcej, ale głównie z mojej perspektywy, albo te, związane z lekturami Siedmiolatka. Mam nadzieję, że za jakiś czas będę mogła wkleić tutaj wpis na temat dziecięcej książki, napisany już przez Nią samą.

Sardegna

"Dance. Sing. Love" Layla Wheldon


posted by Sardegna on , , , ,

3 comments


Wydawnictwo: Editiored
Liczba stron: 528
Moja ocena : 4/6

Chodź dawno już nie należę do grupy docelowej tej książki, to lubię czasami sięgnąć po YA, cofnąć się w czasie i poczytać z wypiekami na twarzy o perypetiach młodych bohaterów, związanych z przeżywaniem pierwszej miłości. Emocje, jakie wtedy targają człowiekiem są niesamowite, a jako że z wiekiem zapomina się już, jak to żarliwie kocha się na śmierć i życie, mając dwadzieścia lat, lektura takiej powieści może przypomnieć co nieco.

"Dance. Sing. Love" to książka polskiej, młodej autorki, piszącej pod obcobrzmiącym pseudonimem Layla Wheldon. Powieść, podobnie, jak popularna w tym gatunku seria "After", powstała na Wattpadzie, gdzie doczekała się na początku roku 2017, pierwszego miejsca w kategorii romans. 

Moje nawiązanie do "After" nie jest przypadkowe, bowiem w obu powieściach bohaterowie przeżywają szaleńczą huśtawkę nastrojów pod wpływem miłosnej relacji, w jaką przypadkowo się uwikłali. "Dance. Sing. Love" nie przedstawia może czytelnikom tak szczegółowego odpisu życia seksualnego, jak to było w przypadku Hardina i Tess, ale podobnie, jak w "After" skupia się na uczuciowych wzlotach i upadkach, burzliwych kłótniach, "łóżkowym" godzeniu się, widowiskowym zrywaniu i równie spektakularnych powrotach. A wszystko to w towarzystwie energetycznego tańca i pulsujących rytmów muzyki. Brzmi nieźle? Niestety nie do końca...

Livia Innocenti jest pełną pasji i charakteru dwudziestolatką, która od dzieciństwa zajmuje się tańcem i w ten sposób zarabia na życie. Występuje w cenionym zespole tancerzy, współpracujących przy tworzeniu koncertów i teledysków światowej sławy gwiazd muzyki. Livia jest świetna w swoim fachu, punktualna, rzetelna i zaangażowana, dlatego często też jest wyróżniona solówkami i pracą przy niezwykle ciekawych projektach muzycznych. Jednym z nich okazuje się być współpraca przy europejskim tournée Jamesa Sheridana, piosenkarza pop, będącego aktualnie bożyszczem fanek na całym świecie.

James jest ulubieńcem publiczności, obiektem pożądania milionów kobiet, ale prywatnie okazuje się być gburem i chamem, wykorzystującym swoją pozycję do zdobywania kolejnych kobiet. Piosenkarz i tancerka od razu zapałają do siebie wzajemną niechęcią, są bowiem zupełnie odmiennymi charakterami, jednak z czasem ich burzliwa relacja zaczyna przeradzać się w coś więcej, a hasło "od nienawiści do miłości jest jeden krok" staje się bardzo adekwatne do sytuacji. 

I to właściwie byłoby na tyle fabuły. Para bohaterów przechodzi różne fazy, od początkowej niechęci, flirtu, poprzez fascynację, układ "przyjaciele do łóżka", po prawdziwe zakochanie. A po drodze pełno jest ich wzlotów, upadków, miłości, nienawiści, obojętności, zaborczości, kłótni i godzenia się. Po prostu pełno młodzieńczych emocji, które nie znajdują innego ujścia.

I fajnie, bo w końcu o tym z założenia jest ta książka, ja mam jednak do niej inny zarzut: "Dance. Sing. Love" reklamowana jest jako powieść pełna muzyki, tańca, rytmu, gdzie wszystkie wydarzenia i emocje rozgrywające się pomiędzy bohaterami mają przebiegać pośród dźwięków, tanecznych ewolucji i pulsującej muzyki. Niestety tak nie jest i to ten wątek rozczarowuje najbardziej. Praktycznie poza tym, że czytelnik wie, że bohaterowie mają zawody związane z muzyką i faktycznie przez pierwszych kilkadziesiąt stron taniec jest obecny na stronach powieści (Livia ćwiczy na próbach, przygotowuje się do występów, bohaterowie bawią w klubie), to później motyw muzyczny coraz bardziej się traci, żeby na końcu zniknąć już zupełnie. 

I szkoda, bo początek zapowiadał fajną fabułę. Wiadomo, bohaterowie i ich relacja to jedno, ale tło i wydarzenia również są ważne. Żałuję, że Autorka nie postanowiła całej akcji powieści zaplanować w czasie trwania europejskiej trasy Sheridana. Początek "Dance. Sing. Love" zapowiadał się naprawdę nieźle, potem było niestety już tylko gorzej.

Mój drugi zarzut, co do powieści dotyczy prostoty języka. Nie jest to dla mnie problem sam w sobie, ale kiedy ta prostota zaczyna się już rzucać w oczy w co drugim zdaniu i przeszkadzać w ogólnym odbiorze lektury, to nie jest dobrze. Rozumiem, że może to być spowodowane młodym wiekiem Autorki, która wchodzi w świat pisania, jednak nie mogę tego faktu przemilczeć. Nie da rady być aż tak dosłownym we wszystkim i podawać czytelnikowi "na tacy" każdego faktu (przykład: dokładna zawartość torebki bohaterki, prezentacja, co zrobiła po przebudzeniu nie pomijając toalety).

Wracając jeszcze na moment do bohaterów, taka już natura powieści Young Adult, że postacie tracą głowę w obliczu pierwszej miłości. Nie wiem jednak, czy Autorka nie przesadziła z "przemianą" charakteru Livii i Jamesa pod wpływem ukochanych. Popadanie w aż takie skrajności nie jest zbytnio wiarygodne.

Na koniec napiszę jeszcze tylko, że mam podejrzenie kto ze współczesnych piosenkarzy jest pierwowzorem Jamesa i jego kolegi, również artysty, Zafira Malufa. Mogę się oczywiście mylić, ale nawiązania i ilość podobieństw nie pozostawia czytelnikowi zbyt wiele wyobraźni. Podsumowując, powieść "Dance. Sing. Love" jest niezobowiązującą historią YA o burzliwej relacji dwojga młodych ludzi. Historia nie jest wolna od niedoskonałości, ale jeżeli ktoś ma ochotę na opowieść pełną skrajnych emocji, to nie będę go odwodzić od lektury, bo wiem, że i taka znajdzie swoich zwolenników.
 
Sardegna

"Chciałbym mieć psa, czyli jak wychować człowieka" Marcin Pałasz


posted by Sardegna on , , , ,

2 comments


Wydawnictwo: Skrzat
Liczba stron: 104
Moja ocena : 5/6

Nie muszę Wam pewnie przedstawiać pana Marcina Pałasza, autora serii o przygodach psa Elfa, Dużego i Młodego. Obecnie perypetie tego czworonoga i jego ludzi opisane są w pięciu tomach ("Sposób na Elfa", "Elfie, gdzie jesteś?", "Elf Wszechmogący", "Elf i dom strachów", "Elf i pierwsza gwiazdka"), a książeczka, którą widzicie powyżej, to swoiste uzupełnienie tej serii. 

"Chciałbym mieć psa, czyli jak wychować człowieka" to nietypowy poradnik, napisany przez Elfa i Autora, po tym, jak piesek trafił do domu Dużego i Młodego, prosto ze schroniska. W związku z taką zmianą w ich życiu, postanowili oni podzielić się z czytelnikami paroma refleksjami, związanymi z posiadaniem na własność czworonoga.

Ten poradnik, nie - poradnik, to bardzo fajna książeczka, napisana dużym drukiem, ma krótkie rozdziały, podzielone najpierw na historyjkę opowiedzianą przez Elfa, która ma przybliżyć dzieciom jakiś problem, związany z opieką nad psem, a kolejno zawiera przypis "Psia matka radzi", czyli dobre rady które, należy warto zastosować i wziąć sobie do serca. Wszystko jest oczywiście opatrzone miłymi dla oka, grafikami.

Książka jest niewielka, bo ma niecałe 100 stron, także dzieciaki spokojnie mogą przeczytać ją sobie samemu. Ja akurat czytam ją moim dzieciom na głos, bo trafiła się nam na fali popularności książeczek zwierzęcych, z serii "Zaopiekuj się mną". Powyższa jednak, znacznie odbiega formułą od wszystkich historii Holly Webb, głównie za sprawą swej autentyczności. Jest bardziej realna, życiowa i wyjątkowo przemawiająca do dzieci. 
Elf dzieli się z małymi czytelnikami swoimi przemyśleniami. Mówi o tym, jak "wychować" człowieka, żeby ten był dla psa dobrym opiekunem i prawdziwym przyjacielem. 
Krótkie opowiadania z elfim narratorem, uświadamiają, jaka jest różnica między opieką nad małym i dużym psem, jak należy interpretować psie gesty i konkretne zachowanie czworonoga, co należy wiedzieć o odpowiednim karmieniu, wychodzeniu na spacer, jak trzeba się zachować, jadąc na wakacje oraz co zrobić, kiedy pies choruje.

Jak to z książkami Marcina Pałasza bywa, i tą czyta się bardzo szybko, a lektura sprawia naprawdę wielką przyjemność. Elf jest już postacią znaną samą w sobie, więc zaopatrzenie się w nią i uzupełnienie serii, było z mojej strony bardzo dobrym pomysłem. Udało mi się kupić ten egzemplarz na TYM spotkaniu autorskim i od razu poprosić o autograf i dedykację dla moich dzieci. 



Mamy więc taką miłą pamiątkę od Autora w naszej dziecięcej biblioteczce. Zachęcam do przeczytania "Chciałbym mieć psa" nie tylko małych posiadaczy czworonogów, ale też dzieciaki, które swojego psa chciałyby mieć, ale nie do końca wiedzą, jakie obowiązki się z tym wiążą.
Sardegna

"Dzien czwarty" Sarah Lotz


posted by Sardegna on , , , ,

1 comment



Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 416
Moja ocena : 5/6

Dawno temu czytałam "Troje", czyli pierwszą powieść Sarah Lotz. Książka miała owego czasu świetną akcję promocyjną, nawiązującą do katastrof samolotów z Czarnego Czwartku 12 stycznia 2012 roku (do końca nie było wiadomo, czy to prawdziwa informacja, czy wymyślona na potrzeby fabuły) oraz piękne wydanie z czarnymi brzegami stron. Powieść ta zaintrygowała mnie na tyle, że zanim dostałam egzemplarz finalny pochłonęłam dwa pierwsze, promocyjne rozdziały w wielkich emocjach, oczekując na więcej. Niestety, ostatecznie książka okazała się wielkim zaskoczeniem, jak i ogromnym rozczarowaniem (o moich wyrażeniach z lektury "Troje" szczegółowo przeczytacie TUTAJ). 

W każdym razie, po pierwszym, nie do końca udanym spotkaniu z Autorką, nie miałam ochoty na jej kolejne, moim zdaniem, przekombinowane powieści. I dobrze się stało, bo kiedy czytałam o zapowiedziach "Dnia czwartego" nie skojarzyłam, że to TA  Sarah Lotz od "Troje". W przeciwnym wypadku nie dałabym książce szansy, a byłoby to niesłuszne z mojej strony.

"Dzień czwarty" wypada znacznie lepiej na tle "Troje". Autorka kolejny już raz (po wątku katastrofy lotniczej) sięga po motyw, który bardzo lubię w literaturze i filmie. Bowiem statek widmo, który gdzieś ginie na oceanie i nie wiadomo co się dzieje z członkami załogi i pasażerami, a po czasie pojawia się on, bądź znika w tajemniczych okolicznościach, to jedna z moich ulubionych opcji fabularnych. Powyższa książka wszystkie te elementy zawiera. Jest napięcie, tajemnica, ludzkie szaleństwo w obliczu katastrofy, barwne postacie i niesamowite zakończenie. Podobnie, jak w przypadku "Troje" jest też chaos i przejaskrawienia, ale ogólnie nie jest źle. "Dzień czwarty" naprawdę daje radę będąc nieźle trzymającym w napięciu thrillerem.

Akcja książki to zapis tego, co wydarzyło się na pokładzie "Pięknego Marzyciela", ekskluzywnego wycieczkowca, mieszczącego na swoim pokładzie ponad 2000 ludzi. Statek wyruszył w rejs do Miami, oferując swoim pasażerom w czasie podróży szereg atrakcji. I rzeczywiście pierwsze trzy dni rejsu wydają się wręcz bajkowe, natomiast dnia czwartego zaczynają się prawdziwe kłopoty. Przede wszystkim statek z niewiadomego powodu zatrzymuje się na środku oceanu z nieznacznym przechyłem na jedną burtę. Nikt nie jest w stanie określić, co jest przyczyną awarii. Do tego następuje tez przerwanie w dostawie prądu i wody, a załoga nie potrafi w żaden sposób połączyć się z lądem i nie ma żadnego kontaktu z innymi jednostkami pływającymi.

Początkowo pasażerowie zupełnie nie przejmują się tymi niedogodnościami, uważając je za przejściowe, podobnie, jak załoga, która denerwuję się tylko tym, że musi większą uwagę poświęcić marudnym wycieczkowiczom. Z każdym kolejnym dniem jednak sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna, a kiedy zaczyna brakować już jedzenia i nie działają żadne sanitaria, ludzie zaczynają popadać w histerię, a jak wiadomo w takich sytuacjach odzywają się w nich najgorsze instynkty.

Jakby tego było mało, jednym z pasażerów jest morderca, który tuż przed awarią napada na swoją ofiarę. Jednak w ferworze całego zamieszania sprawa zabójstwa zostaje odłożono na bok, więc przestępca spokojnie może zatrzeć za sobą ślady i dalej grasować po pokładzie statku.
 
Cała katastrofa wycieczkowca opisana jest z perspektywy kluczowych postaci: Madeline Gardner, asystentki Celine de Ray, znanej medium, która została zaproszona na rejs, by umilać gościom podróż, blogera Xaviera Smitha, który na pokładzie "Marzyciela" znalazł się by zdemaskować potencjalne oszustwa Celine, Althei Trazona, jednej z pokojówek, Jesse'ego Zimri, lekarza pokładowego, który pracuje na morzu, aby uciec od swoich prywatnych demonów oraz staruszki  Helen Fall, która wyruszyła w rejs ze swoją przyjaciółką, ale w zupełnie innym celu, niż mogłoby się wydawać.

To właśnie z ich relacji będziemy mogli dowiedzieć się, co tak naprawdę stało się na pokładzie "Pięknego Marzyciela". Choć pełno będzie w tym sprzeczności, niejasności i tajemnic.  Co stało się przyczyną awarii? Czy pasażerów wycieczkowca da się uratować? Co stanie się z mordercą? I najważniejsze: co dalej?

"Dzień czwarty" podobał mi się o wiele bardziej niż "Troje". Jest on bardziej "równy" pod względem tempa wydarzeń i utrzymującego się napięcia (wcześniejsza powieść miała genialny początek i interesujące zakończenie, niestety to, co jest pośrodku nie było już takie dobre). Wydarzenia opisane są na tyle ciekawe i na tyle niepokojące, że książkę czyta się bardzo szybko, mimo że jest ona dość gruba i ma mały, zbity druk. Nie określiłabym może tej powieści, jako genialny thriller czy horror, który mocno mnie wystraszył czy spowodował niespokojny sen,  ale lektura była naprawdę emocjonująca i nieźle trzymała w napięciu. Myślę więc, że dla czytelników którzy lubią wątki katastroficzne, trochę nadprzyrodzone, historia "Pięknego Marzyciela" może okazać się strzałem w dziesiątkę.

Sardegna

"Dwanaście prac Asterixa" R. Goscinny, A. Uderzo


posted by Sardegna on , , , , ,

2 comments


 Wydawnictwo: Egmont

Liczba stron: 80
Moja ocena : 4/6

Nie ma chyba czytelników, którzy nie znają sprytnego Asterixa, wielkiego Obelixa i ich kompanów: druida Panoramiksa, kowala Tenautomatiksa, wojownika Asparanoiksa, barda Kakofoniksa, czyli mocarnych Gallów, bohaterów kultowej francuskiej serii komiksów, autorstwa Rene Goscinny'ego z rysunkami Alberta Uderzo. Oryginalne historyjki zostały przeniesione na duży ekran, doczekały się adaptacji animowanej, a wizerunek bohaterów ciągle jest wykorzystywany przy produkcji oryginalnych gadżetów. Od premiery minęło sześćdziesiąt lat, a komiksy te są nadal na fali popularności! 

"Dwanaście prac Asterixa" to jeden z wariantów przygód dzielnych Gallów, a powyższy egzemplarz pochodzi od Egmontu i jest w nieco odświeżonej wersji, i to wcale nie komiksowej, ale książkowej. Historyjka nie jest długa, bo ledwo 80 stronicowa, litego tekstu też nie jest za wiele, ale za to ilustracje to istne cuda! Dynamiczne, barwne z wieloma szczegółami i bardzo efektowne.

Asterix, na wzór mitycznego Herkulesa, musi wykonać dwanaście ciężkich prac, zaplanowanych dla niego przez samego Cezara. Cesarz rzymski niezadowolony z nadludzkiej siły wieśniaków, mieszkających w małej galijskiej wiosce, ciągle sprzeciwiających się jego woli i pokonujących w walce cesarskich żołnierzy, postanawia uznać wolność i niezależność Gallów, tylko w sytuacji, kiedy wykonają bezbłędnie dwanaście zadań. Cezar szykuje się na sukces, wie bowiem, że żaden śmiertelnik nie będzie w stanie ich wykonać. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że do misji wykonania dwunastu prac został wytypowany ... Asterix!

Zadania nie są proste, jak bowiem inaczej nazwać: pokonanie w biegu maratońskiego championa Merynosa, rzut oszczepem dalej niż Pars Kermes, pokonanie w walce wręcz Germanina Cylindryka, oparcie się urokowi kapłanek z Wysp Rozkoszy, wytrzymanie przenikliwego spojrzenia egipskiego maga Irysa, zjedzenie do ostatniego okruszka posiłku, przygotowanego przez Mannekenpiksa, kucharza tytanów, wejście do legowiska bestii i wyjście z niego bez szwanku, uzyskanie przepustki A38 w Domu Doprowadzającym do Szału, przejście po niewidzialnej linie nad przepaścią, w dole, której płynie rzeka pełna krokodyli, wspięcie się na najwyższą górę i rozwiązanie zagadki Czcigodnego ze Szczytu, spędzenie nocy na Równinie Duchów oraz przetrwanie Igrzysk w Circus Maximus. I rzeczywiście, dla zwykłego człowieka są one prawdopodobnie niewykonalne, ale Asterix zaopatrzony w napój mocy rzuci się na nie z wielką ochotą i uskuteczni je w mgnieniu oka.

Jakie są moje wrażenia z lektury "Dwunastu prac Asterixa"? Dla mnie bomba, ale jeśli chodzi o dzieciaki, to historia, choć docelowo ma być dla nich, nie do końca się sprawdza w momencie, kiedy nie zna się mitu o Herkulesie, bo to jednak trochę psuje efekt. Tak było w przypadku moich osobistych dzieci, które okazały się za małe na treść. Natomiast bardzo podobały im się rysunki, a wspólne przeglądanie książeczki i głośne czytanie, sprawiło im prawdziwą frajdę. 
Jak wiecie, nie jestem specjalistką od komiksów (wiem, wiem, "Dwanaście prac Asterixa" w powyższym wydaniu nie jest komiksem, ale tak mi się kojarzy), ale po dziecięce sięgam chętnie (o jednym przeczytacie TU). Chcę też pokazać moim pociechom, że istnieją różne forma literatury. Jak na razie, Dziewięciolatki nie muszę jakoś specjalnie przekonywać, a i Młody też nie jest oporny.  Cieszę się więc z tego i mam nadzieję, że tak będzie już zawsze.


Sardegna

# Nowości w mojej biblioteczce - wrzesień


posted by Sardegna on

12 comments

Nie mogę uwierzyć, że właśnie minął wrzesień! Przecież ledwo co wróciłam z urlopu, dosłownie wczoraj zaczęłam nowy rok szkolny, a teraz już jest październik? Nie wiem, jak Wam, ale mnie strasznie szybko minął ten miesiąc, choć nie było łatwo wpaść w rytm szkolnych obowiązków i dojazdu na wszystkie zajęcia dodatkowe. Dałam na szczęście radę organizacyjnie, a i czytelniczo wrzesień był dla mnie łaskawy. 

Udało mi się przeczytać 6 książek, co uważam za bardzo dobry wynik. Prawie do końca przesłuchałam też jednego audiobooka. Jeśli chodzi o wydarzenia bądź spotkania okołoksiążkowe, w ubiegłym miesiącu udało mi się zorganizować wymianę ŚBKów w mikołowskiej MBP, przy okazji akcji Narodowego Czytania. Wraz ze Śląskimi Blogerami spotkaliśmy się też na początku miesiąca na kawie w katowickiej Synergii, gdzie omawialiśmy nadchodzące Targi Książki. Co do krakowskich, TK, wybieram się prywatnie. Wprawdzie nie przejrzałam jeszcze dokładnie wydarzeń towarzyszących (szczegółu TUTAJ), ale prawie na pewno będę w sobotę. Jeśli chodzi o targi katowickie, pojawię się tam "służbowo". Wraz z blogerami będziemy mieli stoisko z wymianą książkową,  organizujemy też panel tematyczny, ale o tym dokładnie napiszę w późniejszym terminie.

Jeśli chodzi o nowości wrześniowe, nie jest ich zbyt wiele, skupiłam się bowiem na książkach, które mam już na stosie. Skusiłam się tylko na najgorętsze tytuły:


"Oskarżenie" Remigiusz Mróz
"Kryptonim Frankenstein" Przemysław Semczuk
"Dance. Sing. Love" Layla Wheldon

Z czego "Kryptonim Frankenstein" dotarł do mnie wraz z całym pakietem materiałów pochodzących wprost ze śledztwa, łącznie z zaproszeniem do dyskusji o książce do Chorzowa (z którego niestety nie mogłam skorzystać, a szkoda).


 

Kolejno coś dla dzieci:

 




Dwa tomy nowych przygód "Hani Humorek", komiks "Oskar i Fabrycy. Straszne smoczysko" Mieczysława Fijał , drugi tom przygód Zuli Nataszy Sochy oraz młodzieżówka "Ty przeciwko mnie" Jenny Downham.

Na koniec stos, o którym zupełnie zapomniałam, bo prawie wszystko z niego przeczytałam (moje opinie na ich temat pojawią się na blogu niedługo):


"Porzuć swój strach" Robert Małecki
"Za zakrętem" Anna Kasiuk
"Niekochana" Madeline Sheehan
"Dzień czwarty" Sarah Lotz

Październik szykuje się pod hasłem ciekawych wydarzeń. Przede wszystkim Targi Książki w Krakowie, ale oprócz tego festiwal wysokogórski i może jedno spotkanie autorskie w Empiku Silesia (jeśli dobrze pójdzie). Mam nadzieję, że uda mi się zrealizować wszystkie plany czytelnicze w tym miesiącu i przede wszystkim ogarnąć książki, które od tygodni kurzą się na stosie "przeczytane - nie opisane".

Sardegna

Planszówkowo #5 "Pan tu nie stał"


posted by Sardegna on ,

4 comments

Dzisiaj zapraszam na kolejny wpis z serii #Planszówkowo, ale tym razem będzie nie o grze dla dzieci (o takich możecie przeczytać #1, #2, #3, #4), tylko o takiej, która przeznaczona jest z zasady dla dorosłych.

Planszówek w domu mamy sporo, głównie tych dziecięcych, ale, jako że wraz z mężem też lubimy tę formę spędzania wolnego czasu, często namawiając na to znajomych (co udaje nam się z różnym skutkiem), mamy też w swoich zbiorach kilka dla starszych graczy. "Pan tu nie stał" został przetestowany w szerszym gronie samych dorosłych, ale także w gronie mieszanym - z dzieciakami, po czym mogę stwierdzić, że moje osobiste (9 i 7 lat) spokojnie ogarniają temat i dają radę wziąć udział w rozgrywce.


Gra "Pan tu nie stał" jest wariacją kultowej "Kolejki", czyli przenosi nas do lat osiemdziesiątych i czasów PRLu, kiedy to zdobywało się deficytowe towary, stojąc w kilometrowych kolejkach do sklepów. W wyżej wymienioną "Kolejkę" nie miałam jeszcze okazji zagrać, więc nie wiem, czy "Pan tu nie stał" jest jej lepszą, czy gorszą opcją, w każdym razie mogę stwierdzić, że gra jest dynamiczna, dobrze wykonana, utrzymana graficznie w PRLowskim stylu i naprawdę stanowi przyjemną rozrywkę dla całej rodziny.

Planszówka przeznaczona jest dla 5 osób, ale można w nią też grać w 2, 3 lub 4 osoby. Nie ukrywam, że najlepiej gra się w pełnym składzie. Opcji jest wtedy najwięcej, a i dynamika gry jest większa. 

Gra składa się z:
  • 100 kart do gry, w 5 kolorach po 20 sztuk
  • 4 planszy ze sklepami 
  •  36 płytek z towarami

  • 5 kart pomocy
  • instrukcji obsługi
Rozgrywka rozpoczyna się od przydzielenia graczom zestawu 20 kart w odpowiednim kolorze oraz pomieszania i pozakrywania płytek z towarami. Kolejno, układamy na stole plansze ze sklepami, zgodnie z ilością graczy: dla 2 graczy układamy 2 sklepy, dla 3 - 3 sklepy, dla 4 i 5 graczy - 4 sklepy. Na planszach sklepów umieszczamy po dwie, wylosowane płytki z pożądanymi na owe czasy towarami. Każdy gracz bierze ze swojej kupki po 5 kart do ręki. Kartoniki kart zawierają postacie, które w naszym imieniu będą stały w kolejkach po wymarzone towary. Niektóre osoby to zwykli obywatele, ale niektórzy są prawdziwym utrapieniem i mogą pomylić szyki kolejkowiczom.


Każda runda danego gracza składa się z 3 części. Na początku sprawdzamy swoją przewagę w kolejce (oczywiście jest to pomijane na samym początku gry, kiedy nie ma przy sklepach jeszcze żadnej kolejki). Przewagę sprawdzamy sumując punkty na wyłożonych kartach "stojących w kolejce". Jeśli zdarzy się sytuacja, że mamy przewagę nad innymi graczami w danej kolejce, albo jesteśmy jedynymi klientami, możemy zabrać ze sklepu wybrany towar (ten o wyższej wartości). Kupiony przedmiot kładziemy na dowolnej karcie w swojej kolejce i czeka on tam do końca rundy.

Następnie, w części 2 i 3 możemy dobrać nową kartę z kupki, albo ustawić nową postać ze swojej talii w kolejce (robimy to dwa razy pod rząd). Kiedy wykonamy te wszystkie ruchy, do gry wchodzi kolejny gracz. Ale! Należy pamiętać, że położony na postaci towar ma daną wartość punktową. Odejmuje się go od wartości osoby stojącej w kolejce, która go trzyma np. kaseta magnetofonowa ma 3 pkt, jeżeli trzymać ją będzie matka z dzieckiem (wartość 2 pkt), to karta matki w następnej rundzie ma już tylko wartość -1 pkt.

Dlatego tak ważne jest dobre rozplanowanie osób stojących w kolejkach i towarów, które mają trzymać. Kiedy kończy się cała potrójna runda wszystkich graczy, towary są zabierane przez graczy, a karty z postaciami odkładane do pudełka. Na koniec gry sumuje się wartość kupionych przedmiotów.

Uwagi:

Jeżeli planujecie wciągnąć w rozgrywkę swoje małoletnie dzieci, dobrze jest wytłumaczyć im ideę gry, o co chodzi z tymi kolejkami, do czego służyły niektóre przedmioty i co oznaczają hasła typu: przewodnia siła narodu czy lista kolejkowa. Dzieciaki świetnie ogarniają zasady gry, ale nie bardzo rozumieją jej celowość. Gra natomiast bardzo fajnie sprawdza się w przypadku graczy "dojrzałych", którzy to świetnie bawią się przepychanki kolejkowe i podkradają sobie towary z przed nosa. 

Planszówka jest bardzo dobrze wykonana, estetyczna i miła dla oka. Stanowi fajną rozrywkę w mieszanym towarzystwie. Polecam, bo sprawdzona!

  Sardegna

"Przeznaczeni" Katarzyna Grochola


posted by Sardegna on , , , ,

5 comments


Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Liczba stron: 542
Moja ocena : 5/6
 
Choć za oknem już typowa jesień i człowiek dawno zapomniał, jak to wspaniale było na wakacjach, na blogu, na przekór temu, pojawia się dziś lektura urlopowa. Przeczytałam "Przeznaczonych" Katarzyny Grocholi w lipcu i choć faktycznie zaczęłam ją już wcześniej, bo premierę miała w maju, to jakoś nie mogłam wgryźć się w fabułę. Dopiero na urlopie mogłam ją w spokoju dokończyć i odpowiednio zrozumieć.

Powiem szczerze, że na początku czułam się z tym dziwnie. Jestem w końcu fanką Katarzyny Grocholi, przeczytałam już w życiu sporo Jej książek ("Nigdy w życiu", "Ja wam pokażę!", "A nie mówiłam!", "Serce na temblaku", "Houston mamy problem", "Makatka", "Zielone drzwi", "Trzepot skrzydeł", "Trochę większy poniedziałek", "Zagubione niebo"), ale pierwszy raz mi się zdarzyło, żebym nie pochłonęła Jej powieści w parę godzin. Z drugiej jednak strony, "Przeznaczeni" to nie jest babskie czytadło, ani miła opowieść o miłości czy przyjaźni. To nie jest książka, którą czyta się na raz, poświęcając jej jeden wieczór. To gorzka historia, wymagająca od czytelnika zaangażowania, dokładności i uważności, bo każde odpłynięcie myślami, czy chwilowa nieuwaga powoduje, że trzeba się cofnąć w tekście i przeczytać dany fragment od nowa.
Historia "Przeznaczonych" to opowieść o pięciu osobach, których losy nieustannie się ze sobą splatają, choć pozornie tak nie powinno być.  

Aleksandra Olin jest zdolną pisarką kryminałów, która od lat jest zakochana w żonatym mężczyźnie i od prawie dwóch dekad mocuje się ze świadomością bycia tą trzecią, nie dostając nic w zamian od swojego ukochanego. Kiedy w końcu po latach pojawia się perspektywa realnego związku, na drodze do jej stabilizacji "staje" poważna choroba matki, Aleksandra będzie musiała podjąć najpoważniejszą decyzję w życiu. 
Drugim bohaterem jest pięćdziesięcioletni Jerzy, człowiek kameleon, uzależniony od hazardu wieczny  kłamca, przez lata doskonale nauczył się manipulować bliskimi i wykorzystywać zaufanie współpracowników.
Trzecią kluczową postacią jest Gabrysia, zahukana i nieśmiała krupierka w kasynie, która szczerze nienawidzi tej pracy, ale jest zbyt bojaźliwa, aby coś w swoim życiu zmienić. Jej codzienność w kasynie to nieustające pasmo koszmarów. Bywalcy lokalu w momencie gry targani są najróżniejszymi emocjami, często negatywnymi, więc ich złość zazwyczaj skupia się na Gabrysi. Kobieta zmaga się z depresyjnymi nastrojami i nie widzi sensu swojego życia, do momentu, kiedy przypadkowo poznaje Mateusza. 
Mężczyzna jest typowym kobieciarzem, który absolutnie nie mógłby zainteresować się taką "nijaką" kobietą, jaką jest Gabrysia, a jednak to ona wzbudza w nim nieznane dotąd uczucia i chęci zaopiekowania się nią. 
Ostatnim kluczowym bohaterem "Przeznaczonych" jest Kuba, niepijący alkoholik, który po terapii próbuję ogarnąć na nowo swoje życie. Postanawia zmienić je radykalnie i zainwestować w interes handlu samochodami.

Z zasady ludzie ci nie powinni się nigdy spotkać, różni ich bowiem wszystko, nie łączy nic. Okazuje się jednak, że w praktyce ich losy nieustannie się splatają, a ostatni rozdział pokaże czytelnikowi, że ich przeznaczeniem było się spotkać i połączyć w pewien sposób na zawsze. 

Jest to zupełnie inna powieść Katarzyny Grocholi w porównaniu z tymi, do których jesteśmy przyzwyczajeni. To wymagająca, trudna, gorzka opowieść o ludziach dojrzałych, którzy próbują walczyć ze swoim przeznaczeniem. Jedni dostaną drugą szansę, inni nie będą w stanie nic zmienić. W powieści sporo jest momentów tragicznych, dramatyczny jest wątek choroby matki Aleksandry (kto takie coś przeżył w swojej rodzinie, ten wie), ale będzie też parę pozytywnych momentów i małe zaskoczenie, związane z jedną z postaci, już na samym końcu książki.

Choć lektura "Przeznaczonych" zajęła mi naprawdę sporo czasu, bo aż trzy miesiące, nie żałuję poświęconej energii na jej przeczytanie. Dobrze jest poznać nowe, dojrzałe, przemyślane oblicze ulubionej Autorki.  Poza tym, w takiej trudnej opowieści można znaleźć kawałeczek swojej historii i odkryć w niej coś, istotnego dla siebie.

Sardegna